Wszyscy my małomiasteczkowi

Pewien małomiasteczkowy chłopak o imieniu Dawid śpiewa, że „Znowu jadę do Ciebie sam, znowu jadę do Ciebie”. Gdzie i w jakim celu to każdy może sobie dopowiedzieć, ale jego piosenka idealnie opisuje rzeczywistość milionów przyjezdnych, którzy nieustannie podróżują między domem gdzie się wychowali a miejscem, w którym przyszło im żyć. Ten sympatyczny wokalista przypomniał nam, że wielu z nas ma w krwioobiegu mentalność przyniesioną z dzieciństwa spędzonego w małym mieście lub na wsi, którą chcąc nie chcąc zabieramy ze sobą w wielki świat. Jako dorośli ludzie możemy mieszkać pod dowolną szerokością geograficzną, jednak sposób myślenia i uprzedzenia wyssane z mlekiem matki towarzyszą nam już do końca. I to nawet jeśli nie zdajemy sobie z nich sprawy.

Każdy z nas, jak jeden mąż chce być częścią wielkiego świata. Dużo móc, jeszcze więcej znaczyć, zapisać się złotymi zgłoskami na kartach historii jako postać godna naśladowania przez następne pokolenia. Wkładamy dzieciom i sobie nawzajem do głów wyświechtane porzekadła jakoby „chcieć znaczy móc”, „skoro możesz o czymś marzyć to znaczy że możesz to osiągnąć” oraz lekko z angielska brzmiącą frazę „sky is the limit”. Ok, zgodzę się że takie motywatory mają nas pchać do działania ale jeśli ktoś nie ma w sobie chęci do nauki to nawet najszersze perspektywy nie umożliwią mu światłej kariery. I w drugą stronę – chłopiec mieszkający w domu, gdzie nikt nawet nie słyszał o Internecie nie ma prawa zostać drugim Bill’em Gates’em. Oczywiście historia zna chlubne przypadki, gdy ktoś znikąd dzięki swojemu samozaparciu i ciężkiej pracy doszedł na sam szczyt. Jednak mało kto pamięta, że drabina sukcesu to krew, pot i łzy, które widzą tylko nieliczni.

Jest też jedno powiedzenie, które mimo że niewinne, uderza w honor na wskroś polski: „Chłop ze wsi wyjdzie ale wieś z chłopa nigdy”. Niby nie ma w nim żadnych wulgaryzmów a bije po dumie jak porządny liść wymierzony w pucaty policzek. Podświadomie każdy przyjezdny czuje, że ma w sobie coś z polskiego chłopa. Takiego, który wejdzie na salony, nabrudzi gnojówką z butów i wyjdzie bekając. Samo życie na wsi powoduje, że mamy inną optykę swoich własnych możliwości. Najbliższe miasto wydaje się być oceanem możliwości, w którym z rozkoszą można się taplać bez brudzenia sobie rąk. Z perspektywy wsi miastowi wydają się być dużo lepsi. Od razu widać, że są schludni, zadbani i pachnący drogą perfumą. Wypowiedzenie nawet jednego zdania w ich towarzystwie przyprawia o skrępowanie, chociaż w naturze rzeczy prosty rolnik może mieć więcej kleju w głowie niż wypachniona podróbą Chanel pani w banku miasta powiatowego.

Małomiasteczkowi, czyli mieszkańcy większych gmin, mniejszych miast i średnich miasteczek czują na karku oddech aglomeracji która rysuje się niczym Święty Graal ludzkich możliwości. W końcu jak ktoś mieszka w stolicy to znaczy że jest kimś. Myślimy, ze robi coś ważnego, ma wpływ na losy całego kraju, powodzi mu się. A my szare żuczki z mieściny na trzy tysiące mieszkańców to co my możemy? Zasiłek wziąć, napić się w sobotę i pójść na obiad do teściowej w niedzielę. Takie szaraczki to nic nie znaczą, pouczą się w szkole gdzie chodzili rodzice, zatrudnią się w urzędzie dzięki wąsatemu wujkowi i ożenią się po znajomości z sąsiadką koleżanki z podstawówki, która będzie chętna dzieci rodzić i obiady gotować. Po co komu jakieś aspiracje? Dobrze jest jak jest. Ci w mieście gonią nie wiadomo za czym a ci na wiosce to tumany, które nawet nie umieją się w mieście zachować. My żyjemy trochę tu i trochę tam więc tak na środku i z pełnym dobrodziejstwem otoczenia, który mamy wokół jest w sam raz.
Na końcu drabiny są mieszkańcy dużych miast. Szczycą się tym, że mają piękne mieszkania w luksusowych i zamkniętych osiedlach, gardzą wielką płytą wszechobecną w krajobrazie polskich miasteczek oraz wykazują mniejszą lub większą dozę niesmaku na widok mieszkańców tychże. Już na starcie uważają się za lepszych, gdy nie zaciągają gwarą wyniesioną z domu. Lubią zaprezentować mniej zamożnym znajomym ze wsi swój status społeczny, poprzez epatowanie torebką o wartości czterech miesięcznych pensji oraz demonstracyjnym podjazdem nowym samochodem na stare, poczciwe osiedle.

Swoje poczucie wartości budują na tym, aby dopiec temu, komu powiodło się inaczej. Nie lepiej, nie gorzej, po prostu inaczej. Po kryjomu ustawiają w swojej głowie piramidkę wartości, gdzie chlubią się najwyższym miejscem nad zakompleksionym plebsem z szarej mieściny. Śmieją się ze spoconego rolnika w polu, który w ten jedyny sposób zarabia na chleb. Rzucają szydercze spojrzenia, gdy mija ich ktoś uboższy i starszy z całym majątkiem życia wiezionym w starym gruchocie. Mają poczucie dominacji i wewnętrzną satysfakcję, że nie należą do motłochu, który został w punkcie wyjście.

W momencie, gdy ten wielkomiejski konfrontuje się z wyzwaniem przekraczającym jego możliwości to okazuje się, że nie potrafi się wybić ponad własne kompleksy przywiezione z małej mieściny. Postawiony w jednym rzędzie z mocarniejszymi od siebie staje się nie opierzonym kogucikiem, który potrafi tylko gdakać i podskakiwać. Traci swoje poczucie wartości bo podświadomie czuje, że jego elokwencja ma się nijak do tego, co prezentują adwersarze. Już nie jest taki skory do podjęcia ryzyka i stanięcia oko w oko z sumą swoich wszystkich strachów. A te wypełzły ze wszystkich szczelin małego miasteczka, w którym się urodził i przywołują na myśl słowa, które zacierają ciąg logicznego myślenia.

Wielkomiejski jest ciągle małomiasteczkowy. Postawiony w świetle reflektorów dostrzega wszystkie niedostatki, które przywiózł za sobą ze wsi lub z miasta powiatowego. Wokół tego kim chciałby się stać a kim mentalnie się czuje widzi przepaść, której boi się przeskoczyć. Próbują go opętać zgaszone ambicje, chęć pozostania szarym i niewidocznym oraz wyimaginowane niedostatki, które wykreował w swojej własnej głowie. Przecież jak ktoś z totalnej dziury to jak może stać w jednym rzędzie z kimś, kto znaczy bardzo dużo albo nawet najwięcej na tym świecie? Jak ktoś wychowany w domu nie wiadomo gdzie ma się równać z kimś z wielkiego miasta? I teraz ten z niby wielkiego miasta chowa się bardziej po kątach niż prosty chłop, którego zaprosiliby na scenę do zaprezentowania siebie jako siebie. On nie będzie się wstydzi tego, skąd przyjechał. Nie będzie nic tuszował i wstydził za coś co nie istnieje. Przyjezdny wielkomiejski zawsze czuje, że nie jest stąd, nie stał się tkanką wielkiego miasta. Swojego ducha i mentalność zostawił setki kilometrów stąd, w małej mieścinie od której całe życie próbuje się odkleić a ona i tak zawsze na końcu go dopada.

No comments
Wszyscy my małomiasteczkowi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *