Suma wszystkich strachów

W marcu 2020 roku wydarzyło się dużo więcej nieoczekiwanego, niż moglibyśmy się spodziewać. Nagle, praktycznie z dnia na dzień, musieliśmy przeorganizować się na tryb zamknięty w czterech ścianach. Umieć zorganizować czas w taki sposób, żeby dzień nie przypominał smutnej wegetacji od wschodu i zachodu. Odciąć się od świata zewnętrznego na maksymalnym poziomie i spróbować przekonać siebie samego, że społeczeństwo potrzebuje mieć mnie jak najdalej. Nagle ktoś każe pozostać nam w domu. Odrywa nas od ulubionej knajpy, w której byliśmy co piątek i wizyty u kosmetyczki zaplanowanej na sobotę. Skrupulatnie zaplanowany kalendarz rozsypuje się i zaczynają wypełniać go puste przestrzenie z którymi zostajemy sami. Spotkania osobiste zastępują maile i telefony a sprawy ważne muszą ustąpić miejsca tym ważniejszym.

Nasz uporządkowany świat zostaje przeorganizowany przez komunikaty, które napływają wszystkimi środkami komunikacji. Słyszymy o zamkniętych granicach, zakazie podawania ręki, ograniczonych kontaktach z instytucjami publicznymi oraz odwołaniem lekcji w szkołach. Zostajemy administracyjnie zmuszeni do podporządkowania się regułom narzuconym z góry. Coś staje się takim a nie innym, gdyż poinformował o tym narodowy zarządca. I ogranicza nasz wolny wybór w zakresie dotychczasowych praw do bycia niezależnym człowiekiem.

Oczywiście, że się boimy. Słyszymy o chorych, którzy z trudem łapią powietrze i kolejnych zakażonych, którymi nie ma się kto zająć. Z niepokojem wypatrujemy na mapie kolejnych czerwonych punktów z oznaczeniami miast gdzie potwierdziło się podejrzenie zachorowania. I po cichu modlimy się, żeby to było jak najdalej od nas. Narasta poczucie niepokoju, żeby nie powiedzieć paniki. W sekrecie otrzymujemy smsa z zapowiedzią apokalipsy za dwa dni. Idziemy na codzienne zakupy a tam napotykamy na koszyki innych klientów wypchane po brzegi oraz puste półki z produktami, których do tej pory nie brakowało. Zaczynamy się denerwować, że makaron czy papier toaletowy zniknął ze sklepu w parę minut. Czyżby w krążących plotkach miałoby być ziarno prawdy?

Nasz mózg mimowolnie przestawia się na tryb przetrwania. Czy to racjonalne, że nie zaczynamy gromadzić zapasy? Inni tak robią więc może nie być w sklepie tego, czego akurat potrzebuję. Nawet więcej – może nie być gdzie tego kupić! Pędzę więc do marketu i napycham do metalowego pojemnika tyle produktów ile tylko jestem w stanie zmieścić. A potem przepycham się w kolejce z innymi obywatelami, którzy są zaniepokojeni tym tak samo jak ja. Od prawa do lewa słyszę, że należy unikać skupisk ludzkich, odizolować się a tymczasem pod wpływem zwykłego impulsu spowodowanego jakimś zagrożeniem w brakach żywności… trafiam w całe mrowie ludzi w markecie.

Jest duże prawdopodobieństwo że obecni trzydziestolatkowie i znacznie młodsi dorośli nie znają zjawiska braku czegokolwiek. Wychowaliśmy się w świecie, gdzie większość niezbędnych produktów po prostu się kupuje ewentualnie zamawia jeśli aktualnie czegoś brakuje. Jednak dotyczyło to spodni w konkretnym rozmiarze lub jakiejś wypasionej gry z końca świata. Ale nikomu nie przyszło na myśl, że może nie być w najbliższym osiedlowym chleba, ryżu albo mięsa. Przecież codziennie są dostawy a ludzie nie zaczęli przecież nagle jeść trzy razy więcej niż do tej pory. 

Dzisiaj zastała nas rzeczywistość o której wielu z nas nie miało pojęcia. Dzieci i studenci pozostawieni w domach, gdyż zajęcia zostały odwołane. Zamknięte restauracje, dyskoteki, lokale usługowe mające pozostawić nas w domu, wprowadzone restrykcje dotyczące organizacji zgromadzeń a do tego ograniczenie ruchu międzynarodowego poprzez zamknięcie granic. Taki stan jest dla nas wręcz obcy, dlatego mamy prawo się niepokoić tym, co zastaniemy jutro.

Strach jest czymś naturalnym, bez wrodzonej możliwości odczuwania nie bylibyśmy w stanie przetrwać. Jednak jego nadmiar wywołuje niekontrolowane zachowania, które mogą znacząco pogorszyć nasz stan. Panika powoduje, że boimy się o siebie i najbliższych oraz podejmujemy decyzje, które mogą spotęgować realne zagrożenie. Jak na przykład uparte chodzenie do punktów użyteczności publicznej lub dążenie do interakcji międzyludzkiej praktycznie za wszelką cenę.

Nie możemy zapomnieć, że są wśród nas tacy, którzy uczucie strachu o własne zdrowie i życie przeżywali już niejednokrotne. I dla nich widok pustych półek w sklepie jest jak czarne wspomnienie, które chowają w swojej pamięci. Wystarczy mieć około 60 lat, żeby pamiętać wprowadzenie stanu wojennego i prawdziwą konieczność organizowania jedzenia dla rodziny na następny dzień. Wystarczy zapytać rodziców jak robiło się zakupy w PRL, kiedy każdemu obywatelowi przysługiwał przydział cukru i mąki i nie istniało coś takiego, jak spontaniczne zakupy na większą imprezę ze znajomymi. Zanim zdecydowano się na wesele należało „uzbierać” kartek na mięso, alkohol i cukier, żeby przygotować przyjęcie. A na święta pozwalano sobie na luksusowy zakup czekolady, którą akurat w ograniczonej ilości można było dostać w sklepie.

My trzydziestolatkowie po raz pierwszy mierzymy się z tym, że ktoś nam coś ogranicza. Odbiera nam siłownię, w której byliśmy co drugi dzień i możliwość wyjścia do kina po pracy. Jednak ciągle nie jest to sytuacja odczuwania fizycznego głodu, niemożność nakarmienia dzieci czy odmawiania sobie ostatniej kromki byle dać coś do jedzenia ciężko choremu. To nie jest taki wymiar kataklizmu, jaki dotknął wcześniejsze pokolenia. Dlatego nie straszmy ich jeszcze bardziej niż są już przerażeni i zaprzestańmy kompulsywnego kupowania. To niestety powoduje u naszych rodziców i dziadków wzrost zaniepokojenia o jutro, które oni pamiętają jako niepewne a dla niektórych wręcz nieosiągalne do przeżycia.

Po prostu #zostanwdomu.

No comments
Jolanta WierzbickaSuma wszystkich strachów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *