Spacer wśród mglistych alejek

Październik i listopad mają w sobie dużo tajemniczości. Robi się szaroburo, od czasu do czasu deszczowo, co raz częściej mgliście i dżdżyście. Poranki leniwie witają się ze słońcem, tak jakby chciały nam przypomnieć, że nic co jest dookoła nie jest dane raz na zawsze. Szybko zapada zmrok, który ukrywa mroczne tajemnice. Łatwiej jest nam się zgubić, zabłądzić we mgle i dać się nabrać złudzeniu o nieskończoności naszego bytu.

Prędzej czy później każdy nas mierzy się z własną śmiertelnością. Jedni patrzą na nią codziennie, staje się dla nich czymś normalnym a wręcz powszednim. Inni – spotykają ją tylko w wyjątkowych okolicznościach, kiedy to narządy ludzkie odmawiają posłuszeństwa i doprowadzają do obumarcia reszty tkanek składających się na ciało. 

Starożytni mawiali non omnis moriar[1] gdyż mieli przeświadczenia o nieskończoności dzieł naszych, które zostawimy tutaj na tysiące lat do przodu. I skubani mieli rację. Kompozycji Chopina słucham dzisiaj na YouTube, cytaty z Biblii Tysiąclecia można odkrywać co tydzień w kościele, spuścizna Adolfa Hitlera jest namacalna i widzialna w Oświęcimiu. Twórców już tu nie ma. Niektórych niestety, innych na szczęście.

Przychodzimy na ten świat w konkretnym miejscu i czasie, rodzimy się z ludzi, których będziemy poznawać całe życie. Nikt nie znalazł się tutaj z własnej woli. Coś nas sprowadziło do stada ludzkiego w XXI wieku naszej ery i kazało nauczyć się żyć według reguł, które ustaliła ta a nie inna społeczność.

My jako dzieci jesteśmy nadzieją, najcenniejszym skarbem dla osób, które sprowadziły nas na ten świat. Za naszym pojawieniem się na planecie przemawia czysta biologia, która łączy gametę męską i żeńską w zarodek rozwijający do człowieka zdolnego samodzielnie nabrać powietrza w płuca. Tyle się dowiedzieliśmy przez lata edukacji – że jesteśmy miliardem komórek zapoczątkowanych przez dwie inne. Pozostała materia pozostaje dla nas zagadką, nad którą co roku pochylamy się na początku listopada.

Jesteśmy śmiertelni, przemijalni i skończeni. Jesteśmy tutaj wyliczoną ilość czasu mierzoną w dniach, tygodniach, latach. Każdy z nas ma określoną kartę pobytu na tej ziemi, która określa ile wschodów i zachodów słońca uda nam się zobaczyć. I nie ważna jest szerokość geograficzna, pod którą pierwszy raz nabraliśmy powietrza. Wszyscy mamy mózg, który podpowiada, w którą uliczkę powinniśmy skręcić, czerwoną krew dostarczającą tlen do komórek oraz serce z liczbą uderzeń wyliczoną co do sekundy. I nikt nam nie udzieli kredytu, aby kupić chociaż jedno uderzenie więcej.    

Gdy dotyka nas skończoność czasu, stajemy wewnętrznie rozdarci nad ukochanym ciałem, w którym nie ma już ani jednego oddechu. Ten zlepek komórek, który jeszcze chwilę temu był ciepły i miękki przybiera kolor głęboko śliwkowy, trochę rdzawożółty i bezdźwięcznie blady. Oglądasz siniejące paznokcie, zapadające się policzki i wąskie usta, które jeszcze chwilę temu o czymś do ciebie mówiły. Ogarnia cię rozpacz. Pytasz, zastanawiasz się, krzyczysz i nawołujesz do stwórcy o sprawiedliwość. O sens istnienia. O to, dlaczego narządy tak świetnie pracujące przez ostatnich kilka dni nagle odmówiły posłuszeństwa. Albo czemu na drodze do domu twojego ukochanego dziecka postawił pijanego kierowcę?

Tak bardzo kochasz to śmiertelne ciało, że kwestia jego tymczasowości jest dla ciebie niewyobrażalna. Niemożliwym jest, aby ktoś,  kogo szczoteczka ciągle leży w łazience, miał już nigdy więcej nie umyć zębów. Boisz się zajrzeć do pralki, bo jest tam pranie nastawione przez żonę, która już nigdy nie wróci z pracy. Nie otwierasz szafy z rzeczami w którym pochowane są gadżety na plażę, bo wiesz, że znajdziesz tam nadmuchaną piłkę z zeszłego lata. I chociaż mijają kolejne miesiące to powietrze, które tchną w nią ukochany syn po dziś dzień nie uciekło. Ty sam nie pozwalasz mu uciec, bo wiesz że to ostatnia rzecz, w której zamknąłeś jego cząstkę.

Skoro wszyscy jesteśmy tylko mechanizmem naczyń połączonych, dlaczego tak nam smutno w dniu ostatniego pożegnania? Dlaczego z naszych oczu sączy się strumień łez, którego nie potrafimy opanować przed światem? Z jakiego powodu jest w nas aż tyle żalu za osobą, która od strony biologicznej jest tożsama z milionem, dwoma a nawet miliardem innych ludzi, którzy pozostali na tej planecie?

Odprowadzamy resztki materialne naszych bliskich w ostatnią drogę, a pomnik po nich stanie się dla nas przestrzenią przeżywania własnego bólu. Zakopujemy ich niczym najcenniejszy skarb, aby zapewnić im niezmącony spokój rozkładu biologicznej materii. Potem wznosimy nad ich głową marmury, pęki sztucznych gałązek i wosku, aby pokazać, że pamiętamy. Że ciągle są dla nas ważni, obecni w naszym życiu i nieprzemijalni. I chociaż ich ciało nie czuje już ciepłych podmuchów wiatru to wierzymy, że oni ciągle tam są. Potem ta pamięć zaczyna blaknąć, czasu mamy więcej dla żywych niż dla martwych i pozwalamy sobie, aby spokój miejsca w którym widzieliśmy trumnę po raz ostatni, pozostał niezmącony na wieki.

Czy to źle? Czy naprawdę ukochany mąż, syn i brat potrzebuje naszego kolejnego znicza i sztucznego badyla kładzionego dwa, może trzy razy do roku? Czy żółta chryzantema przypomina nam, jakim był człowiekiem, ile raz był z nami na lodach oraz zwyzywał nas za byle pierdołę? Czy to, że stoję obok pomnika wartego tyle, co dobry samochód a przemykam ukradkiem obok prozaicznego drewnianego krzyża postawionego tuż po wojnie, czyni moją pamięć lepszą?  Czy moje wspomnienia o nich liczy się ilością płomieni postawionych na nagrobku?

Nasza śmiertelność jest przytłaczająca. Mózg broni się przed nią wszystkimi sposobami aby nie straszyć nas jeszcze bardziej tym, co jest nieodkryte i nieprzewidywalne. Księża na pogrzebach żegnają zmarłych pokrzepiającym Miłosierny Bóg wezwał go do siebie. I skąd w tobie tyle optymizmu, drogi księże, że to miłosierdzie odebrało mi ukochaną żonę, po której pozostały tylko wspomnienia? Jak mam dać wiarę w królestwo niebieskie, w którym czekają na mnie odebrani zbyt nagle rodzice, którzy nie zdążyli powiedzieć mi jak zawiązać buty? Odpowiedz, co kieruje tym miłosiernym Stwórcą, pozwalający na zapłodnienie i podział zarodka a następnie jego niewytłumaczalną śmierć w łonie matki? Czemu ma służyć ta próba? Zbadaniu naszego progu bólu czy przypomnieniu zbyt butnym istotom, że prochem jesteś i w proch się obrócisz?

W listopadzie zazwyczaj spokojne cmentarze robią się tłoczne i to do tego stopnia, że wisząca nad nimi leniwa mgła próbuje nas zmylić w kluczu dotarcia na poszukiwane miejsce. Tam, gdzie zostawiliśmy naszych bliskich na wieczny odpoczynek unosi się niewytłumaczalna aura odwiecznej tajemnicy. Palimy znicze, aby zapełnić czymś pustkę po ukochanej babci. Przynosimy świeże kwiaty, które co roku na imieniny dostawała żona. Mimo wszystko decydujemy się zmącić listopadową mgłę wiszącą nad tym miastem i przychodzimy z ogniem nadziei do miejsc, które przypominają o tym kto żył długo przed nami albo nigdy nie zdążył się urodzić.

W mglistych alejkach pomiędzy kwaterami zastanawiamy się, jakim sensem jest nasze istnienie, jeśli na końcu czeka nieznany finał? Ile możemy wnieść w to życie, które może być piękne i radosne ale jego finał przysparza ból i cierpienie naszym najdroższym? I jaki plan miał ktoś, kto sprowadził nas na ten świat, skoro jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki potrafi odebrać nam to co tak bardzo kochaliśmy?

Trudno przejść do porządku dziennego nad nieopłaconymi rachunkami, którymi dotąd zajmował się ojciec. Jeszcze trudniej pójść do urzędu z jego dowodem osobistym i mówić o kimś najdroższym w czasie przeszłym. Czasem boli nawet rozgardiasz, który zostawił po sobie mąż. Jego porzucone ubrania pozostały także tego dnia gdy wyszedł z domu po raz ostatni. A jeszcze trudniej wejść do pokoju dziecka, które przez miesiące pobytu w szpitalu starałeś się wyrwać nowotworowi ze szponów, ale ostatecznie choroba przeciągnęła je na swoją stronę.

Jeszcze raz przypomnę słowa Horacego, który zbudował pomnik trwalszy niż ze spiżu. Non omnis moriar. Wszyscy jesteśmy biologią, która spowodowała, że pojawiliśmy się na tym świecie i chemią, dzięki której żyliśmy jak nikt inny. Wierzący mają swoich bliskich w niebie, w innym wcieleniu, po drugiej stronie tęczy albo w kosmosie. Fizycy udowodnili, że ci których nie ma, jednak są bo wszyscy jesteśmy energią. Chcę im wierzyć, bo ich teoria daje nadzieję na bliską obecność tych, którzy już się skończyli.

Chcesz, żeby fizyk przemawiał na twoim pogrzebie. Chcesz, żeby opowiedział twojej pogrążonej w żałobie rodzinie o prawie zachowania energii, aby zrozumieli, że twoja energia nie umarła.

Chcesz, aby fizyk przypomniał twojej szlochającej matce o pierwszym prawie termodynamiki; że we wszechświecie nie powstaje nowa energia i żadna nie jest zniszczona. Chcesz, aby twoja matka wiedziała, że cała twoja energia, każda wibracja, każde Btu ciepła, każda fala każdej cząstki, która była jej ukochanym dzieckiem, pozostaje z nią na tym świecie. Chcesz, żeby fizyk powiedział twojemu płaczącemu ojcu, że pośród energii kosmosu dałeś tyle, ile dostałeś.

I w pewnym momencie miałbyś nadzieję, że ten fizyk zejdzie z ambony i podejdzie do twojej załamanej małżonki by wyjaśnić, że wszystkie fotony, które kiedykolwiek odbiły się od twojej twarzy, wszystkie cząstki, których ścieżki zostały przerwane przez twoje uśmiechy, które dotknęły twoich włosów, setki trylionów tych cząsteczek rozbiegły się dalej po świecie jak dzieci, na zawsze przez ciebie zmienione.

A gdy twoja wdowa zakołysze się w ramionach kochającej rodziny, niech fizyk jej powie, że wszystkie odbite od ciebie fotony zgromadziły się w detektorach cząstek, jakimi są jej oczy, oraz że fotony te powstały w konstelacjach neuronowych naładowanych elektromagnetycznie, których energia będzie trwała wiecznie.

Taki fizyk może przypomnieć zgromadzonym, ile z naszej energii to ciepło. Być może dokładnie w tym momencie, w trakcie jego wypowiedzi, kilka osób będzie wachlowało się programami. Fizyk im powie, że twoje ciepło, które płynęło w tobie w życiu, wciąż tu jest, nadal częścią wszystkiego, czego doświadczamy.

I chcesz, aby fizyk wyjaśnił tym, którzy cię kochali, że nie potrzebują wiary; w rzeczywistości nie muszą na niej polegać. Poinformuje ich, że to jest wszystko mierzalne, że naukowcy dokładnie zbadali prawo zachowania energii i stwierdzili, że jest ono dokładne, weryfikowalne i niezmienne w przestrzeni i czasie. Możesz mieć nadzieję, że twoja rodzina zbada dowody, upewni się, że są niezbite, będzie pocieszona wiedząc, że twoja energia wciąż jest w pobliżu. Zgodnie z prawem zachowania energii, ani trochę ciebie nie ubyło; jesteś po prostu mniej uporządkowany. Amen.

–Pisarz i performer Aaron Freeman, przedstawił powyższy esej na antenie radia publicznego w Chicago w r. 2005. [tłumaczenie Zuzanna Ziomecka]”


[1] Cytat z Piesni III Horacego „Wybudowalem pomnik” („Exegi monumentum”).

No comments
Jolanta WierzbickaSpacer wśród mglistych alejek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *