Powszedniość

Jest piątek. Dla wielu jeden z najbardziej wyczekiwanych dni w tygodniu. Dobiega końca mordęga w pracy, rozpoczyna się weekend. Teoretycznie czas odpoczynku, relaksu i możliwości zrealizowania swoich wszystkich planów, których nie udało się dopiąć w dzień powszedni. Czasami myślimy o weekendzie z wyczekiwaniem. Odbieramy go jako moment, kiedy w końcu wstaniemy o normalniejszej porze, pójdziemy na fitness, weźmiemy dłuższą kąpiel, nakremujemy całe ciało i poczytamy to, co od dawna leży w kącie. Gdy jednak przychodzi piątkowy wieczór lub sobotni poranek, większość z nas dotyka powszedniość dnia świątecznego…

Dajmy na to, że jesteśmy w grupie imprezowej. Piątek to obowiązkowy punkt, żeby po całym tygodniu na uczelni lub pracy pójść i zalać swoje stresy w barze. Jest impreza, są ludzie, jest fajnie. Nie rozmyślamy już o tym, jak irytująco i beznadziejnie było przez ostatnich 5 dni tylko stajemy do podboju wszechświata z nową energią, podlaną zimnym piwem lub kolorowym koktajlem. W domu zjawiamy się grubo po północy i za wiele nie myślimy o tym, jak cudowna będzie to sobota. A zapowiada się naprawdę pięknie – z ciężką głową, szklanką wody i odzyskaniem świadomości około godziny 18. Niezapomniana sobota. Taka kreatywna, twórcza i rozwijająca.

Weekend z perspektywy grupy drugiej – singielki. Sobota to idealny czas na chwilę czasu dla siebie. A że mamy już wypracowane rytuały i za często nie wychodzimy z rutyny, to sobotę poświęcamy na wszystko, byle nie na prace twórcze. A to pół dnia przechodzimy w piżamie. A to druga połowę spędzimy na szukaniu jakiś bzdur w Internecie. Może pojedziemy na zakupy i połazimy po galerii handlowej w niewiadomym celu. Albo jakimś cudem pojedziemy za miasto, żeby zobaczyć jak wygląda świat boży. Wieczorem może gdzieś wyjdziemy – z koleżanką na party lub z teoretycznie-obiecującym przystojniakiem na randkę. Albo przesiedzimy wieczór pod kołdrą gapiąc się w kolejny sezon „Gry o Tron” lub innego, wciągającego serialu. Tak nam minie sobota i pół niedzieli i dopiero wieczorem ockniemy się, że z naszych porządków, wyjścia na zumbę, ugotowania fit-obiadu na cały kolejny tydzień i wyjścia w miasto wyszło całe gówno.

Trzecia grupa to ekipa rodzicielska, która weekendową porą ma ręce pełne roboty. Dzieci generalnie mają w nosie to, że jest sobota i całą gromadą postanawiają wstać o 7, no max o 8 rano. Mama musi niestety wstać razem z nimi i to mimo to, że cały poprzedni tydzień była na pełnych obrotach, trzeci bieg włącza już od sobotniego poranka. Poza standardowym śniadaniem, obiadem i kolacją do ugotowania ma jeszcze do ogarnięcia kosz z praniem, cztery kąty domu wyglądające jak po wojnie i małą grupę animacyjną, która po całym tygodniu zajęć w przedszkolu czeka na to, co kreatywnego zaproponuje im mama. A ta z kolei nie ma nawet 5 minut, żeby zastanowić się nad odpoczynkiem lub chociaż nabraniem głębszego oddechu. Okej, wszyscy dookoła powtarzają jak cudownie jest spędzać czas z rodziną i mieć chwile zarezerwowane tylko dla dzieci, tylko czy te same osoby są każdego dnia – w piątek, świątek i niedzielę – stawiane w obliczu piętrzącego się stosu obowiązków do wypełnienia? Jeśli są w stanie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pozbyć się permanentnego zmęczenia i stosu niepozmywanych naczyń ze zlewu, to bardzo proszę o zadziałanie tą magiczną mocą.

Niby czeka nas dzień świąteczny, a taki powszedni. Za rogiem są nowe wyzwania, coraz większe oczekiwania a mimo wszystko jest to przeżarte rutyną. Powtarzalnością. I schematycznym skostnieniem.

No comments
Powszedniość

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *