Duże miasto

Jednym z grzechów głównych wszelkich zmian toczących naszą rzeczywistość jest to, że na problemy całego kraju patrzy się z perspektywy stolicy. Mieszkanie w dużym mieście ma sporo plusów. W infrastrukturze miejskiej nie martwisz się o odśnieżanie drogi, bieżącą wodę, oświetlenie, komunikację, szkoły i przychodnie. Masz gdzie wyjść z przyjaciółmi na piwo a Twoim jedynym problemem jest wygospodarowanie czasu na spotkanie face-to-face. Podobnie rzecz ma się z zagospodarowaniem czasu wolnego – parki rozrywki, kina, teatry, kluby, siłownie. Wszystko jest prawie na wyciągnięcie ręki.

Miasto ma też minusy. Nie ma gdzie posłać dziecka do żłobka bo wszystkie państwowe placówki dysponują promilem miejsc w stosunku do potrzeb. Głos jednostki jest słabo słyszany wśród tłumu i wszelkie inicjatywy obywatelskie potrzebują kilkudziesięciu jak nie kilkuset głosów poparcia. Oddychasz spalinami, żyjesz w zamkniętych, osiedlowych enklawach a sąsiadów z klatki znasz nie z imienia i nazwiska a jedynie z numeru mieszkania w którym żyją. Jako jednostka, pozostajesz ze swoimi problemami sam na sam, gdyż jakiekolwiek lokalne grupy działania są zbyt zajęte swoją codziennością, żeby skąpy czas wolny dzielić jeszcze na społeczne aktywności.

Patrzenie na cały kraj zza okna szklanego biurowca na Mordorze może doprowadzić do sytuacji, w której rozwiązanie problemu mieszkańców Wrocławia, Krakowa czy Poznania okaże się spowodowaniem problemu w Bączalu Dolnym lub Żółwinie. Przykłady? Pierwszy z brzegu.

Wytyka się palcami kobiety, które pomimo przemocy domowej stosowanej wobec nich przez mężów lub partnerów, przez lata godzą się na znęcanie, zamiast spakować walizki i uciec przed agresją mężczyzny. Sprawa może wydawać się łatwa dla mieszkanki Warszawy. W odczuciu wielu to pewna siebie i niezależna kobieta, której sytuacja materialna i status społeczny pozwoli na ucieczkę z toksycznej relacji. Finansowa samodzielność i brak nacisku otoczenia będą wsparciem w podjęciu decyzji.. Taka kobieta będzie mogła sobie pozwolić sobie na wsparcie psychologa, który otworzy jej oczy i pozwoli zacząć nowy etap w życiu. Z perspektywy analityka na ciepłej posadce w Warszawie, który bada sytuacje przemocy domowej, sytuacja wygląda na banalnie prostą. Zgłaszasz taki incydent do organów ścigania, pakujesz manatki i zaczynasz swoje życie na nowo.

Teraz spróbujmy sobie wyobrazić, jak ten temat wygląda w małym mieście lub na wsi, gdzie wszyscy mieszkańcy znają się nawzajem a najmniejsza sensacja jest tematem plotek okolicznych sąsiadek przez najbliższe kilka dni. Wieś żyje w formacie patriarchalnym, silnie konserwatywnym, wręcz hermetycznym. To, co dzieje się w domu, zostaje w domu. Hańbą jest wynoszenie prywatnych problemów poza cztery kąty, a nawet jeśli sąsiedzi coś słyszą to udają że nic nie wiedzą. Kobieta na wsi lub w małym mieście jest często pozbawiona możliwości pracy na swój własny rachunek lub jest odgórnie delegowana przez męża i teściową do opiekowania się domowym ogniskiem. Ma rodzić dzieci, gotować obiady, uprać i uprasować mężowi ubrania do pracy a po całym dniu grzecznie wypełnić swoje obowiązki w alkowie. I nie sprzeciwiać się. Na żadnym etapie. Przecież to, że chłop ją uderzy to jest jej wina – widocznie robiła coś źle lub pewnie mu nie dała. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że zgłoszenie komukolwiek takich aktów będzie traktowane jako występowanie przeciwko własnej rodzinie, Bogu i całej opatrzności, gdyż małżeństwo to rzecz święta, nierozerwalna i zmuszająca do akceptowania każdej sytuacji ze strony partnera.

I co teraz, drogi urzędniku, siedzący w obrotowym fotelu swojego pachnącego biura na warszawskim Śródmieściu, jesteś w stanie powiedzieć kobiecie, która profilaktycznie oberwała od męża, bo ten miał zły dzień? Ma spakować walizki i dokąd pójść? Do ośrodka interwencyjnego który jest milion kilometrów od niej? Do rodziny, która każe jej pogodzić się z mężem i wracać do domu, bo co ludzie powiedzą? Do przyjaciółki, która jej nie przyjmie bo nie chce mieszać się w prywatne sprawy? Jak ma stanąć na nogi, skoro na wszystko zarabia mąż, o wszystkim decyduje mąż i akty własności nawet ich wspólnej nieruchomości również podpisał on.

Z perspektywy dużego miasta wszystko wygląda na łatwe i nieskomplikowane. A to tylko pozory, bo cały kraj nie kończy się i nie zaczyna w granicach administracyjnych Warszawy.

No comments
Jolanta WierzbickaDuże miasto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *