Disappointments. Annoyances. Life.

Jako dzieci mamy w sobie nieograniczone pokłady fantazji, które popychają nas do wiary w marzenia. Chcemy zostać kimś, kto odmieni losy świata. Mądrym lekarzem, który znajdzie panaceum na bolączki dziesiątkujące ludzkość albo nieustraszony strażakiem gotowym stawić czoła każdemu wyzwaniu. Jesteśmy ciekawi świata, zainteresowani przyrodą, chmurą, zwierzętami, książką i kamykiem znalezionym nad morzem. Kochamy słoneczko, które wstaje co rano. Przyglądamy się pieskowi spotkanemu na spacerze. I marzymy sobie, że jak już będziemy taaaaacy duzi to zmienimy świat.

Przed samym sobą i misiami w dziecięcym pokoju składamy obietnicę, że weźmiemy byka za rogi i zostaniemy kimś wyjątkowym. Nie będziemy tęsknić za wyobrażeniem pozostającym gdzieś poza horyzontem. Marzeniom damy wymierny i namacalny kształt, który stanie się naszą codziennością. Będziemy z siebie dumni, że zaszliśmy dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Dziecięcą ciekawość i iskierkę niedowierzania zamienimy w rzeczy mądre i ważne.

Wszyscy tak marzymy. Najpierw będąc w przedszkolu, potem na wakacjach z babcią i idąc do pierwszej klasy. Chłoniemy wiedzę jak gąbka, bo od małego wpaja się nam że nauka to potęgi klucz. Najpierw czytanie i pisanie, potem matematykę, przyrodę, języki i historię. Patriotyczne piosenki na akademiach i sympatyczne wystąpienia na apelach z okazji różnych świąt. Wydaje nam się, że to co usłyszymy w szkole pozwoli zrealizować marzenia. Każda przeczytana kartka podręcznika przybliży nas do zawodu o którym marzyliśmy. Kolejne działanie matematyczne pozwoli zrozumieć mechanizmy rządzące tym światem. Następny przedmiot, który poznajemy w szkole będzie kamieniem milowym w naszej edukacji.

Trochę utopijnie, trochę naiwnie i trochę groteskowo dajemy się nabrać na schematy, które zamiast otwierać naszą wyobraźnię drenują mózg do ostatniej komórki. Piękne słowa o tym, że wszystko jest w na wyciągnięcie dłoni zostają przysypane reżimem kolejnych zobowiązań, w które wpycha nas system. Najpierw z dziecięcych marzeń odzierają nas szkolne obowiązki. Zamiast pielęgnować w sobie ciekawość i pierwotną zdolność do zachwycania się każdą chmurką, jesteśmy terroryzowani wierszykami, formułkami i modelami wychowującymi nas od linijki. Od małego laleczki są dla dziewczynek a warsztaty dla chłopców. Różowy to kolor na sukieneczki, nie zaś na spodnie dla młodego dżentelmena. Czapka z daszkiem pasuje łobuziakom, nie uśmiechniętej buźce z warkoczykami.

Drugim bolesnym rozczarowaniem jest pogrzebanie na naszych oczach wyobrażeń o otwartym, kolorowym świecie. Od najmniejszych lat uczy się nas, że jeśli jedno jest dobre to drugie jest złe. Świat ma dwa spolaryzowane kolory, w których po środku nie ma miejsca na żaden z odcieni tęczy. Jeśli gdzieś jest biedny to po drugiej stronie musi być bogaty dorobiony na jego krzywdzie. Inność równa się wrogość. Odstępstwo od normy to pole do marginalizowania. Próba zamanifestowania siebie jest tłamszona prawie w zarodku w imię schematów większości, która uzurpuje sobie prawo do nazywania się lepszymi.

Nasza edukacja zaczyna przypominać farsę. Zamiast rzeczy odkrywających horyzonty uczymy się pojęć z zaprzeszłych czasów, które staną się do niczego nie potrzebne. Artystyczne dusze dusi fizyka i algebra. Umysły ścisłe są umęczone pisaniem rozprawki na czas. Poligloci szarpią się z niezrozumiałymi dla nich równaniami chemicznymi. Ci, którzy lubią biologię zostają pognębieni przez język obcy. Wysportowani i ambitni mają podcięte skrzydła przez słabe oceny z historii. Każdy jest odrobiony od jednego szablonu, ustandaryzowany według miary wymyślonej przez wodza, który nie pozwala wyswobodzić się ze sztywnego systemu.

Jako nastolatki, młodzi dorośli, ludzie już całkiem samodzielni próbujemy wytłumaczyć, co zrobiliśmy z naszymi marzeniami? Gdzie zgubiliśmy chęć do pozostania sobą w świecie, gdzie trzeba być dobrym we wszystkim i perfekcyjnym w niczym? Patrzymy na życie, w którym fundamenty są wyryte w nienawiści. Najpierw nie cierpi się szkoły i nauki. Potem nienawidzi pracy. Z czasem żony lub męża. Sąsiada, za to że za głośno odkurza. I psa z bloku obok, który od czasu do czasu zaszczeka. Musimy być z czegoś niezadowoleni, gdyż w przeciwnym wypadku musielibyśmy zaakceptować naszą rzeczywistość jako sumę własnych wyborów. A na to ciężko się zdobyć, gdyż zawsze wygodniej jest obwinić kogoś, zrzucić z siebie odpowiedzialność i nadal taplać się w błotku pełnym oskarżeń wobec całego świata.

Hodujemy sobie w głowie bariery, które tak naprawdę nie istnieją. Nie jest winą Einsteina, że potrafił wymyślić teorię względności. Ani Skłodowskiej-Curie, że urodziła się kobietą w zmaskulinizowanym świecie. Ani też Stephena Hawkinga, że jeździł na wózku. Z jakichś powodów czujemy dystans do tego, co jest inne. Obcokrajowcom się nie kłaniamy, niepełnosprawnych omijamy wzrokiem, grubych wyśmiewamy, bezdomnych nie zauważamy. Nie chcemy słuchać o innej wierze, miłości, horyzontach i systemach wartości. Podążamy za nurtem i stajemy się odbitką wykonaną przez kolejną kalkę z jednego szablonu ustanowionego ponad naszą głową.

Czy o to nam chodziło, gdy jako kilkulatek patrzyliśmy z nadzieją w niebo upstrzone gwiazdami? Czy to zaspokaja nasz zachwyt naturą i stworzonością świata, które nosimy w sercu od dnia narodzin? I czy chcemy pozostać nienawistną kopią pustego ideału nakarmionego mrzonkami?

Nie chcemy. Mamy mózg z którego natura kazała nam korzystać. W sposób, który ona nam wskazuje, nie zaś idee zbudowane na pogardzie.

No comments
Disappointments. Annoyances. Life.

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *