Czas na podsumowanie

Jak Polska długa i szeroka, w grudniu mamy w zwyczaju wpadać w refleksyjne tony. Niezależnie od wieku i płci zastanawiamy się nad tym, co udało nam się osiągnąć przez minione dwanaście miesięcy, jakich umów dotrzymaliśmy, jak często oszukiwaliśmy przed samym sobą oraz ile z postanowień puściliśmy w niepamięć. Przy wigilijnym stole myślimy raczej o tym, co było. Wspominamy tych, których z nami już nie ma. Mamy nadzieję, że Ci, których widzimy wokół siebie za rok jednak nie zabraknie. Parę dni później, dokładnie w Sylwestra, wznosimy do góry kieliszek z szampanem aby wypić za kolejny rok, który ma być dla nas czasem nowego otwarcia. Dajemy sobie przyzwolenie na wyznaczenie postanowienia. Zajęcia się sprawami, którymi już od dawna nie mamy ochoty się przejmować. I podjęcia się tego, aby zostać najlepszą wersją samego siebie.

Gdy nadchodzi koniec stycznia zdajemy się wracać do stanu umysłowej przytomności. Nasze nawyki, które tak dzielnie wypracowywaliśmy przez lata, nie znikają. Usilne próby bycia kimś, kim do tej pory nie byliśmy również spełzają na niczym. W końcu poddajemy się nurtowi, który płynie tak samo jak przed pierwszym stycznia. Tylko nie próbujemy już stawiać oporu i zaczepiać się o gałązki drzew wystające ponad nurtem rwącej rzeki. Pozwalamy ponieść się razem z prądem i kolejny rok dryfujemy bezwiednie w tym samym kierunku co cała reszta.

Nikt z nas nie chce mówić o sobie szara masa. Tak samo jak nie ma ochoty ustawić się w rządku osób pozbawionych krytycznego spojrzenia na rzeczywistość. Prawdopodobnie żaden człowiek nie zasługuje na to, żeby zostać nazwanym kimś ślepym i głuchym, gdyż to urąga osobom, którym zdrowie nie pozwala na pełne korzystanie ze wszystkich zmysłów. Analogicznie, używanie przymiotnika „bezmózgi” jest obraźliwe tylko w stosunku do gatunków pozbawionych rozwiniętego układu nerwowego. Bardzo nie chcę, żeby takie epitety krążyły w przestrzeni, gdyż są one deprecjonujące i wprowadzają jeszcze głębsze podziały. Jednak nasze powszechne przyzwolenie na wierność i bierność odbiera wszelkie skrupuły do cedzenia słów w oszczędny sposób.

Czy w ostatnim roku byłeś u jakiegokolwiek lekarza? A może przytrafiło Ci się czekać w kolejce do przyjęcie na oddziale ratunkowym? Nie? To w sumie dobrze dla Ciebie bo to oznacza, że nie przytrafiło Ci się nic na tyle poważnego, co wymagałoby interwencji medycznej. Jeśli jednak trafiłbyś tam w roku 2020 to doznałbyś szoku dużo mocniejszego niż upadek z wysokiego konia. Opieka medyczna, która powinna być świadczona w placówkach medycznych jest mrzonką. Kilku lub czasami kilkunastu pacjentów na szpitalnym oddziale zostawia się na głowie jednej pielęgniarki, pojedynczego lekarza i czasami pomocy, która wyda obiad lub posprząta czyjeś wymiociny. Umówienie się do specjalisty wymaga anielskiej cierpliwości. I dość wyrozumiałej choroby, która będzie na tyle cierpliwa, żeby nie postąpić zbyt nagle w ciągu sześciu miesięcy oczekiwania na konsultację. Skomplikowane badanie od którego zależy Twoje życie? Terminy są liczone prawie że w latach, podczas których Ty musisz jakoś sobie poradzić. Zabiegi pozwalające wrócić do zdrowia? Rehabilitacja finansowana z ubezpieczenia społecznego może się odbyć za trzy miesiące i to przez trzydzieści minut w ciągu tygodnia. Tymczasem Ty potrzebujesz wrócić do pracy, żeby móc zarabiać na swoje utrzymanie. Ba, masz takie niewygórowane oczekiwanie, żeby móc pójść samemu do toalety lub zrobić samemu kanapkę, kiedy siedzisz w domu i czekasz cierpliwie na spotkanie z fizjoterapeutą. W swoim cyklu leczenia widzisz nadzieję w drogim leku, którego państwo nie chce finansować? No cóż, pozostaje Ci albo pogodzić się z tym, że Twoja ojczyzna już Cię spisała na straty albo spróbować szukać ratunku na własną rękę. Nie chcesz opuszać jeszcze tego świata – zresztą po co, skoro gdzieś jest lek, który może Ci pomóc? Prosisz więc obcych ludzi o pomoc. Zaciągasz jeszcze jedną pożyczkę w banku. Łapiesz się chwilówek byle tylko przytrzymać się jeszcze przez chwilę tej coraz wątlejszej linii życia…

Może się czujesz zmieszany albo oburzony tym co piszę. Jedyne co powinieneś w tym momencie zrobić, to zerknąć do raportu Głównego Urzędu Statystycznego podsumowującego sytuację społeczno-gospodarczą w minionym roku. [1] Liczba ludności Polski w 2019 r. wyniosła dokładnie 38 383 tys. osób. Rok wcześniej liczba ta była większa o około 28 tys. osób,. Jeden prosty wniosek – w ciągu roku umarło  średniej wielkości miasto. Po prostu zniknęło z mapy Polski. Ten sam raport donosi, że nowe nie powstało z powodu zbyt małej liczby urodzonych dzieci.

Tak więc kolejny rok ubywa nas więcej niż się przybywa. I problemem wcale nie jest to, że opieka medyczna skazuje setki obywateli na niekończące się oczekiwania na badania, konsultację u specjalisty czy sprowadzenie medykamentów z zagranicy. O wysokiej umieralności wcale nie decyduje jedna lub dwie pielęgniarki rzucone do opieki nad piętnaściorgiem pacjentów w stanie ciężkim na oddziale intensywnej terapii. Nie przesądza też o tym jeden rezonans magnetyczny na cały powiat, przy którym jeszcze jest komu pracować. Żaden z tych powodów nie prowadzi do wniosku, że z roku na rok ubywa nas coraz więcej ze społeczeństwa. Za taki stan rzeczy odpowiadają kobiety, które za 500+ nie chcą rodzić więcej dzieci. I związki pozamałżeńskie. I jeszcze emigracja. Tak, to zdecydowanie jest ten powód.

Mogłabym obrazić jakiś gatunek pierwotniaka, gdybym na głos powiedziała, że trzeba nie mieć mózgu żeby coś takiego wymyślić. Trudno – pantofelek może nie będzie miał mi za złe. Trzeba być idiotą, żeby nie widzieć związku. I trzeba nie mieć mózgu, żeby pozwalać takim osobom sobą rządzić.


[1] „Sytuacja społeczno – gospodarcza w kraju w 2019 r.”, publikacja Głównego Urzędu Statystycznego https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/informacje-o-sytuacji-spoleczno-gospodarczej/sytuacja-spoleczno-gospodarcza-kraju-w-2019-r-,1,92.html

No comments
Jolanta WierzbickaCzas na podsumowanie

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *